fbpx

I myśmy tam byli

Nie wiedzieliśmy, jak skończy się ten dzień. Zwycięży strach i obawa czy otwartość i odwaga. Niezależnie od tego, musieliśmy tam być. Dla siebie i dla innych. A mowa o Wrocławskim Marszu Równości.

Wróćmy jednak do początku. Jest sobota, tuż przed godziną 10. Jesteśmy z Pawłem na dworcu PKP. Za chwilę przyjedzie pociąg w którym siedzi nasz gość, Łukasz – autor tekstów na today.pl (m.in. „Łamią stereotypy. Pokazują Polakom, że gej jest OK„)oraz kilku innych portali informacyjnych. Nie przyjechał „służbowo”, lecz by porozmawiać i poznać się. Kilka chwil później wróciliśmy do naszych skromnych czterech ścian. Szybka kawa, godzinna pogadanka i ruszamy do centrum. Była około godz. 12. Doskonale wiedzieliśmy, że za 4 kwadranse rozpocznie się 7 Wrocławski Marsz Równości.

Rozmawialiśmy o tym przez dłuższą chwilę. Nie wiedzieliśmy, czy chcemy pójść. A jeśli już pójdziemy, to jako kto – widz czy uczestnik? Choć nie mówiliśmy o wszystkim na głos, w głowach rodziły się obawy, czy będą nienawistne krzyki, jak wygląda trasa kontrmanifestacji, czy Policja się spisze, jacy tam będą ludzie, czy będziemy mieli odwagę podejść bliżej… Tych i wiele innych pytań zaprzątało nasze głowy. I wcale nie wstydzimy się do tego przyznać, że byliśmy tego dnia pełni obaw i uprzedzeń. Co chwilę przecież w internecie dają się poznać jakże różne „opinie” o organizowaniu tego typu parad. Co bardziej zastanawia, że te opinie pochodzą od samego środowiska LGBT, jakże nie raz walczącego ze sobą o zasadność i „światopogląd” [sic!] organizowania takiej imprezy.

Na 10 min przed 13:00 byliśmy już na starcie Marszu. Staliśmy z boku. Przyglądaliśmy się. Było może 100 osób. Wziąłem ze sobą aparat, więc zacząłem robić zdjęcia. Co raz bliżej i bliżej, aż znalazłem się w samym centrum. Poczułem w pewnej chwili inni klimat. Poczułem atmosferę wolności ale i determinacji. Dokładnie tego, o czym marzę codziennie. Wróciłem do Pawła i Łukasza. Tuż obok nas stała grupa 5 panów (wiek ok. 30-40 lat). Jeden w dresach i zarzuconym kapturem na głowę, drugi jeansy i koszula, itd… I znowu obawa – to chyba Ci, którzy mogą sprawiać problemy. Kilka sekund później jednak dostrzegamy, że w ich kieszeniach skryte są kajdanki i smycz z logo komendy policji. Tak, to tajniacy.

Marsz rusza, a my idziemy z boku. Co chwilę rzucamy hasło, czy wchodzić czy nie. Ja uciekam przed decyzją i biegam z aparatem. Przy pierwszym zakręcie (około 200m od startu) Paweł mówi wprost – „wchodzimy!, ja chcę!”. Długo się nie zastanawialiśmy i poszliśmy razem z nim. Ja jeszcze robiłem zdjęcia, wychodziłem przed marsz, wchodziłem w tłum do ludzi, aby zrobić zdjęcia. Nie byłem jednak już biernym obserwatorem, lecz uczestnikiem Marszu. Obawy minęły. Policjanci, którzy szli po naszych bokach okazali się przesympatyczni. Po chwili dostrzegamy, że obok nas idzie jeden z tych, którzy noszą ukryte kajdanki w kieszeni. Szliśmy przodem. Dumni, że postawiliśmy kolejny krok w naszym życiu.

To piękny widok, kiedy ludzie wyglądający z okien bloków machali do nas. Przechodnie dołączali się. Widziałem, jak grupa około 300 osób, która wystartowała z ul. Świdnickiej powiększała się z każdym zakrętem. Spoglądaliśmy na uczestników marszu. Widzieliśmy zwykłych niczym szczególnie się nie wyróżniających ludzi – dokładnie takich jak my. To wszystko składało się na rodzinną czy przyjacielską atmosferę. Mogłem uśmiechnąć się do kogoś, i było to odwzajemnione tym samym. Zdjęcie z kimś? Nie ma problemu.

Na pierwszym przystanku w samym centrum Wrocławia (przy pręgierzu) odeszliśmy na bok, aby posłuchać, jak na ten cały marsz reagują ludzie. I wiecie co? Nie usłyszeliśmy niczego obraźliwego. Spośród wszystkich neutralnych komentarzy wybił się jeden. Za naszymi plecami do naszych uszu wdarło się zdanie – „oni wyglądają jakoś tak normalnie”. To dziwne, ale ucieszył nas ten komentarz. Bo być może jakaś osoba właśnie pozbyła się stereotypu geja, podobnie jak my pozbyliśmy się strachu przed uczestniczeniem w takich przedsięwzięciach.

Zdajemy sobie sprawę, że dzisiejszy strach, który ma często tylko wielkie oczy, kiedyś był aż nadto realny. Również w samym Wrocławiu. To, co dzisiaj mamy, niewątpliwie zostało wypracowane przez lata obaw i ich przełamywania. Niezależnie od tego, i u mnie i u Pawła ten strach wciąż tkwił. Sami siebie troszkę chcieliśmy oszukać stojąc początkowo na zewnątrz tego marszu, że chyba on nas nie dotyczy. Kiedy już weszliśmy do środka, ja osobiście poczułem nieco wstydu za samego siebie – „dlaczego ja tak myślałem?”. Ale ze względu na to, piszę dzisiaj o tym uczciwie.

Kiedy skończył się marsz byliśmy szczęśliwy, że wzięliśmy w nim udział. I weźmiemy udział w kolejnych, choćbyśmy mieli jechać na drugi koniec Polski. Chcemy to przeżywać. Po tym przeżyciu wiemy, że takie marsze i parady są potrzebne. Czytaliśmy wiele razy komentarze, że parady robią więcej szkody niż pożytku, bo utrwalany jest przez to stereotyp geja, jako wymalowanego paradującego w sukience i wygiętego chłopaka. Tak, jest w tym trochę prawdy, tym bardziej że Polska kulturowo różni się od krajów zachodnich. Ale wydaje mi się, że to właśnie ta różnica musi zostać przełamana, aby coś się zmieniło. Jeśli będziemy dalej tkwili w kulturze niechęci do społeczeństwa zróżnicowanego, opinia jako taka pozostanie lub będzie bardzo wolno ewoluowała. Czy jest czas, aby na to czekać? Nie wiem. Ale chcę dożyć czasów, kiedy mur żółtych policyjnych kamizelek nie będzie musiał zasłaniać i osłaniać ludzi uczestniczących w marszu czy paradzie. Jeśli część środowiska LGBT stoi w opozycji do takich zgromadzeń, prawa i szacunek nie zostaną wypracowane nigdy.

Prawda jest taka, że żyjemy w społeczeństwie tak zróżnicowanym, gdzie koniecznym wydaje się czasami zamanifestowanie swoich potrzeb. Dla marszów i parad równości musi to chyba przybrać formę „pokazu scenicznego”. Wzrok musi być czymś przyciągnięty. Ale obok tych parad rodzi się siła, która daje kopa do codziennego starania się o zmianę społeczeństwa w bardziej otwarte. Parada czy Marsz równości to również parada i marsz wolności.

To był mój… to był nasz pierwszy raz. Takie właśnie mamy spostrzeżenia po tym jednym dniu. Marsz równości to coś, co często dzieli środowisko LGBT. Nas ta „impreza” połączyła. Przełamaliśmy w sobie kolejną barierę.

A kontrmanifestacja? Była – przyszło 6 osób.

~ Piotrek i Paweł

PS. Dziękujemy Łukaszowi, za to że nas odwiedził 🙂